Dopuszczalna prędkość może być równie niebezpieczna jak nadmierna

Dużo mówi się na temat prędkości. Mamy coraz to nowe ograniczenia i sposoby ich egzekwowania. Niebawem ruszy na polskich drogach odcinkowy pomiar prędkości. Problem w tym, że prędkość bezpieczna, o której często się mówi w kontekście ograniczeń, tak naprawdę nie istnieje, a wyświechtany slogan mówiący o tym, że prędkość zabija jest idiotyczny.

Co by nie było, przyczyną wypadku drogowego, w większość przypadków winna jest prędkość. Mam pewne porównanie. Posłuchajcie, poczytajcie informacje na temat pożarów w budynkach. Co jest najczęściej przyczyną? Oczywiście zwarcie w instalacji elektrycznej. To jest przyczyną głównie wtedy, gdy nie jest ona znana, a że trudno powiedzieć ludziom, że przyczyna tak naprawdę jest bez znaczenia, ustala się, że to wina instalacji. Nikt nie udowodni, że jest inaczej, bo nikomu by się nawet nie chciało. I tak też wydaje się być przy wypadkach drogowych. Drugim, równorzędnym winnym bywa też pogoda. Gdy jest zła, prędkość nie jest dostosowana do warunków jazdy i mamy dużo wypadków, a gdy jest bardzo dobra, kierowcy jeżdżą z nadmierną prędkością. Tyle tylko, że w ten sposób można obarczać prędkość zawsze, jaka by nie była. Gdyby auto stało, czyli nie byłoby prędkości, to oczywiście nigdy nie doszło by do tragedii.

Nie wiem, czy mnie dobrze rozumiecie. Sama prędkość nie może zabić, prędzej jej zmiana. Kiedyś jeden ze specjalistów od wypadków w Formule 1 powiedział dość przewrotnie coś takiego: żaden kierowca F1 jeszcze nie zginął od nadmiernej prędkości, tylko od tego, że nagle została wytracona. Jeżeli samochód jedzie 180 km/h na śliskiej nawierzchni i nagle kierowca straci panowanie nad autem, to przyczyną wypadku nie jest prędkość, a brak kontroli nad pojazdem. Twierdzenie, że prędkość zabija jest takim samym absurdem, jak komunikat tego typu: „karetka nie dojechała na czas co było przyczyną śmierci”. Przyczyną śmierci był wypadek, do którego nie dojechała karetka. Późny przyjazd najwyżej przyczynił się do skutku jakim jest śmierć, ale nigdy nie był i nie będzie jej przyczyną.

Przyjmijmy jednak powszechnie stosowane rozumienie i tym samym zgódźmy się, że przyczyną wypadków najczęściej jest prędkość. Nadmierna prędkość jest wówczas również dużym zagrożeniem, prawda? Problem w tym, że rzadko, a właściwie nigdy nie mówi się o tym, że prędkość jest przyczyną wypadków również wtedy, gdy jest zbyt niska. Dlaczego się nie mówi? Sami odpowiedzcie sobie na to pytanie, ja mam własną teorię na ten temat, ale nie będę tu jej przedstawiał. Opowiem jednak o własnych obserwacjach z kilku ostatnich testów zużycia paliwa. Dlaczego takich testów? Ponieważ wtedy rygorystycznie przestrzegam przepisów co do 1 km/h.

W ostatnim teście specjalnym, polegającym na sprawdzeniu zużycia paliwa w Fiacie Doblò z obciążeniem i bez przekonałem się, jak bardzo może być niebezpieczna niska prędkość. Problem w tym, że trudno jednoznacznie zdefiniować, jaka prędkość jest niska, a jaka wysoka. Wydaje się więc, że powinniśmy zaufać przepisom i ekspertom, którzy określają jakie znaki z ograniczeniami prędkości postawić na drodze. Pewnie niektórzy z Was zastanawiają się, po co stawiać na łagodnych „ślimakach” przy wjazdach czy zjazdach z autostrady ograniczenie do 60 km/h, podczas gdy nawet prędkość 90 km/h nie wydaje się zbyt duża. Są dwa główne powody. Po pierwsze, jeżeli będzie ślisko, 60 km/h może okazać się zbawienne. Po drugie, jak pokazuje praktyka na takim „ślimaku” możemy zaliczyć zderzenie czołowe przez gapiostwo czy zwykły błąd osoby, która nie trafiła w odpowiedni wjazd. Wolałbym się zderzyć czołowo przy 60 km/h niż przy 80 km/h. Co jednak ze zwykłymi drogami krajowymi?

Bardzo uważnie obserwuję zachowania kierowców i wszystko jest OK., jeździ się normalnie i w miarę bezpiecznie, gdy wszyscy jadą mniej więcej tak samo. Jednak normalna jazda, to w Polsce na pewno nie jazda zgodna z przepisami. Jeździmy intuicyjnie, dopasowując prędkość do warunków, a nie do znaków drogowych. To dlatego dostajemy tak dużo mandatów z fotoradarów, zwłaszcza tych schowanych w krzakach. Jednak wystarczy wybrać się dowolną drogą krajową, wyruszyć w dłuższą trasę i rygorystycznie przestrzegać przepisów zamiast „niepisanych zasad drogowych” by uświadomić sobie, że takie „wyłamanie się” jest równie niebezpieczne co nadmierna prędkość.

Gdy prowadzę restrykcyjny test zużycia paliwa zawsze na tej samej trasie, na drodze krajowej, to za złotą zasadę biorę sobie przestrzeganie przepisów i jazdę z maksymalną, ale dozwoloną prędkością. Oznacza to, że reaguję na każdy znak ograniczający prędkość i dostosowuję ją do przepisów*. I wtedy czuję się jak największe zagrożenie na drodze, ponieważ jest to droga o generalnie niedużym natężeniu ruchu. Co to oznacza? Że niepisana prędkość dopuszczalna to około 100–120 km/h poza terenem zabudowanym, znak ograniczający ją do 70 km/h jest zupełnie ignorowany, a prędkość w terenie zabudowanym waha się od 70 do 100 km/h.

I tu pojawia się problem, bo jadąc zgodnie z przepisami stajesz się zawalidrogą. Nie raz byłem już świadkiem wyprzedzania mnie w dokładnie takich miejscach, w jakich absolutnie bym tego nie zrobił, czyli na skrzyżowaniach czy na przejściach dla pieszych. Miałem już sytuację, gdy przed przejściem dla pieszych musiałem zatrąbić na pieszego, by powstrzymał się od zamiaru przejścia przez jezdnię. Dlaczego? Ja bym wyhamował bez problemu, ale ten, który mnie już wyprzedzał pewnie nie. Jadąc ostatnio Fiatem Doblò z ładunkiem, musiałem być wrzodem na tyłku dla kierowcy TIR-a, który nie mógł mnie dogonić poza obszarem zabudowanym, ale już przy jakimkolwiek ograniczeniu prędkości robił to błyskawicznie i dawał mi do zrozumienia jak go wkurzam, siedząc mi na zderzaku. Kierowca minibusa dostrzegł jedyną szansę na zakręcie, na podwójnej ciągłej. Inny TIR nie wytrzymał i zaczął mnie wyprzedzać na ograniczeniu do 70 km/h po kilku nieudanych próbach w terenie zabudowanym. Niestety trochę się przeliczył, bo pojazd jadący z naprzeciwka też nie trzymał się przepisów i zbyt szybko się do nas zbliżył. Gwałtowne hamowanie z naczepą na mokrej nawierzchni nie jest tym, co chciałbyś przeżyć jadąc na drodze krajowej równolegle z takim zestawem, nawet jeżeli sam nie zrobiłeś nic złego i jechałeś zgodnie z przepisami. Całą sytuację krótko skwitował szwagier jadący ze mną: „cholera, wiedziałem że ta przejażdżka będzie hardkorowa!”. Skąd wiedział? Po przed nią ostrzegałem: „tylko pamiętaj, że będziemy jechali zgodnie z przepisami!” Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale ja OSTRZEGAŁEM, a nie informowałem. Tak, ostrzegałem przed jazdą zgodną z przepisami. Gdybyśmy jechali jak wszyscy, do takich sytuacji by nie dochodziło.

Niestety na drogach widziałem już chyba wszystko, z wyprzedzaniem mnie po wysepce włącznie. Kierowca Nissana Navary był tak sfrustrowany jazdą za mną, że podjął ryzykowną, choć udaną próbę wyprzedzenia mnie częścią oddzielającą pasy ruchu o przeciwnych kierunkach. Zrobił to na wysepce, na którą ja bym swoją osobówką nawet nie wjechał. Dlaczego? Bo jechałem zgodnie z przepisami. Widziałem już wyprzedzanie mnie na skrzyżowaniu, gdy zapaliło się czerwone światło – to już było właściwie omijanie – i jednocześnie na przejściu dla pieszych. Natomiast jadąc na zasadzie „jak wszyscy”, rzadko widuję takie sytuacje. Każdy ma swój rozum i mniej więcej wie, jaka prędkość jest bezpieczna. Jeżeli nie wie, to pewnie się nauczy. Miejmy tylko nadzieję, że nie kosztem cudzego nieszczęścia. Przepisy powinniśmy respektować, ale czasami będziemy przeklinani i niestety sami narażeni na większe niebezpieczeństwo niż gdybyśmy tego nie robili. Inni również, ponieważ „zbyt wolna” jazda za nami przez kilka kilometrów powoduje u kogoś frustrację i po wyprzedzeniu nas, przez kolejne kilka kilometrów taki kierowca często jedzie z nadmierną prędkością. Nie zachęcam do szybszej jazdy jednak przestrzegam przed zbyt wolną.

Zobacz również: Systemy ułatwiające jazdę - tempomat

* nie hamuję gwałtownie przed znakiem, lecz zwalniam odpowiednio wcześniej

Jeden błąd przekreśla fotoradary raz na zawsze

Jeśli popełnisz jeden mały błąd w równaniu, to wynik nie może być prawidłowy – tak mogłaby brzmieć jedna z podstawowych zasad matematyki….

Podziel się:

Przeczytaj także:

Także w kategorii Blogi:

Spalanie rzeczywiste, czyli jak „oszukuje” komputer pokładowy Co słychać w świecie aukcji klasyków? Tydzień z Nissanem Leaf - dziennik użytkownika samochodu elektrycznego Ubezpieczenie OC, a szkoda całkowita Historia Hot-Rodów - część 1 Spalanie rzeczywiste - czyli: osobisty współczynnik spalania Sprzedaż aut osobowych klientom indywidualnym - październik 2015 Tylko trzy systemy aktywnego bezpieczeństwa będą dostępne w samochodach Rozwiązanie problemu niskiej popularności Formuły 1 Honda ma ogromny dylemat, a Formuła 1 problem Dekotora - statki kosmiczne na kółkach SsangYong Tivoli 1.6 2WD Sapphire - test [wideo] Citroën C-Elysee Aston vs Lambo Opel Insignia 2.0 CDTi Honda Civic Zapinanie pasów – sprawa prywatna czy publiczna? Time attack w Japonii Maciek testuje - Škoda Superb III 2.0 TDI L&K Ścigając północ - historia Mid Night Club Spontaniczny weekend w Brukseli – wizyta w muzeum Autoworld! Poznaj system Common Rail Mitsubishi ASX 1.6 2WD Intense Navi – test [wideo] Audi A3 Limousine 2.0 TDI Attraction

Popularne w tym tygodniu:

Mitsubishi Outlander w szczegółach Škoda Superb 1.4 TSI ACT 150 KM DSG – test [wideo]